Spot z aktorem wcielającym się w wikinga, dla serum do brody, które miało problem ze sprzedażą. Stało się bestsellerem, a wokół marki urosła zaangażowana społeczność.
Nie skończyłem szkoły filmowej.
Zacząłem kręcić video, bo sam miałem problem ze sprzedażą.
Był 2017 rok, a ja rozwijałem markę Clippo — obiektywy do smartfonów. Własny sklep, jeden produkt i jeden duży problem: brak sprzedaży.
Miałem naprawdę dopracowaną stronę i kampanię, która powinna działać. Ale nie działała.
Odpalałem reklamy graficzne. Testowałem różne kreacje, różne grafiki, różne grupy odbiorców. Budżet leciał, a wyniki stały w miejscu.
Zmieniałem nagłówki, poprawiałem zdjęcia, kombinowałem z targetowaniem. Nic. Miałem dość, mój portfel też.
Frustracja rosła, bo produkt był dobry. Po prostu jakoś nie trafiał do ludzi przez ekran.
W końcu postanowiłem spróbować z video. Zatrudniłem ekipę, wypożyczyłem sprzęt, wymyśliłem koncepcję. Pierwsze video wyszło. Odpaliłem reklamy i zacząłem obserwować wyniki.
I coś drgnęło.
Kliknięcia zaczęły rosnąć. Koszt pozyskania klienta zaczął spadać. Sprzedaż ruszyła — powoli, ale wyraźnie.
Nakręciłem kolejne video i kolejne. Sprzedaż rosła bardziej. Biznes zaczął wreszcie działać tak, jak powinien od początku.
I wtedy to do mnie dotarło.
Klient w internecie nie może wziąć produktu do ręki, nie czuje go, nie widzi w akcji. Zdjęcia mu tego nie dają. Ale dobrze zrobione video daje: pokazuje produkt w użyciu, wyjaśnia wartość i skraca dystans między „może kiedyś" a „dodaj do koszyka".
Od tamtej chwili zacząłem drążyć temat. Robiłem video dla znajomych i ich marek. Widziałem, jak sprzedaż rośnie.
Potem dla firm z różnych krajów. I za każdym razem to samo: przemyślane video produktowe pomagało markom sprzedawać więcej.
Nigdy nie wchodziłem w projekty jako filmowiec, który chce zrobić ładne video, bo jara się nowym obiektywem. Wchodzę jako ktoś, kto na własnej skórze przekonał się, że video to najskuteczniejsza dźwignia sprzedaży w e-commerce — i od lat pomaga markom ją uruchomić.